Metallica, baby.

To nie była miłość od pierwszego usłyszenia. Wszak, gdy ktoś już decyduje się metaluszyć, to nie ma sposobności, aby uciec ikonie. Przynajmniej w naszym przypadku nie było takiej konieczności. Zarówno MadaM, jak i ja, bez przymusu dałyśmy się zaatakować najbardziej komercyjnemu łojeniu wszechczasów. Codziennie któreś z rodziców ściszało „ten łomot”, gdy ładowałyśmy baterie energetycznymi riffami galopującymi z głośników domowej wieży. Kolekcja płyt CD kupowanych za ostatnie grosze poczynała rozrastać się do pełnej dyskografii bandu. Kolejnym, stosunkowo oczywistym posunięciem, było zobaczenie Metallicy na żywo! Pierwsza okazja natrafiła się w 2010 roku. Bemowo w Warszawie miało na parę godzin stać się stolicą metaluszego wpierdolu.

Byłyśmy jeszcze niezmotoryzowanymi gówniarami. Pociąg i autobus nie dawały odpowiedniej elastyczności i… komfortu. A musiało być show! W pierwotnym zamyśle miałyśmy przywdziać gorsety, miniówy z logiem zespołu na dupsku, a na dobitkę kozaki na_o b c z a s a c h. Tak odstawione planowałyśmy wtargnąć z przytupem na koncert. Wybuliłyśmy po cztery stówy na miejsce w sektorze pod sceną, toteż i stylówa nie mogła pozostawać  w tyle, na płycie.

Szczęśliwie los wybił nam z głowy te niewybredne modowe popisy. A przede wszystkim podarował bardzo wyrozumiałych Rodziców. Umordowałyśmy ich, żeby wybrali się do Warszawy razem z nami. Oni mieli pozwiedzać tamtejszą okolicę, a my wpaść na ścianę dźwięku. Tata zaopatrzył się w nawigację samochodową (ta w telefonie nadal utrzymywała się w sferze s-f), po czym całą czwórką wyruszyliśmy do_s t o l y c y.

Nasze autokreacyjne zapędy nie dały jednak za wygraną. Musiałyśmy się prezentować, pomimo upadku pierwotnego zamysłu. Pozostały z niego jedynie miniówy i gorsety. Dopaliłyśmy je więc kabaretkami, ramoneskami i prawilnymi glanami. Skromniej, wszak nadal pseudoseksownie. Oprócz sfery odzieżowej musiałyśmy zadbać również o tę makijażową i włosową. Do Warszawy ruszyliśmy wczesnym rankiem, a koncert zaczynał się dopiero późnym popołudniem. Do tego czasu nie mogłyśmy sobie pozwolić na łojowe maski na twarzach. Wielce zmyślnie zabrałyśmy więc potrzebne kosmetyki ze sobą. Włosy zawinęłyśmy w specjalne rulony przypalane prostownicą, aby po rozwinięciu imitowały delikatne fale. Oczywiście makijaże i fryzury miały być sfinalizowane dopiero u celu! Obsesyjnie dążyłyśmy do maksymalnej nieskazitelności. Ranga wydarzenia zobowiązywała!

Droga upłynęła przyzwoicie, skalana tylko jednym incydentem. Nawigacja Taty w pewnym momencie nie dogadała się z satelitami i w poszukiwaniu Bemowa zrobiliśmy parę nadprogramowych okrążeń po mieście. Zanim jednak postawiłyśmy glany przy bramkach wejściowych, trzeba było zawczasu znaleźć jakieś doraźne warunki do ukończenia wizerunkowego dzieła. Padło na galerię handlową. Tamtejsza łazienka przeistoczyła się na chwilę w naszą cygańską upiększarnię. W towarzystwie (zapewne nieco zażenowanych) pań zrobiłyśmy makijaż, rozplątałyśmy włosy i nadałyśmy sobie ostateczną formę. Godną wielu zaintrygowanych spojrzeń na festiwalu. Przeambitny cel został osiągnięty!

Po raz pierwszy zobaczyłyśmy taki rój metaluchów na jednej przestrzeni. Oprócz Metallicy grały pozostałe bandy wchodzące w skład tzw. Big Four, a przed nimi parę warm-upów. Nie dziwota więc, że event dochrapał się tak olbrzymiej frekwencji! Namierzyłyśmy nasz sektor i w oczekiwaniu na ulubione szlagiery wałęsałyśmy się po terenie festiwalu, standardowo drażniąc metaluszą brać. Któż by pomyślał, że oberwie nam się nawet w takim molochu? Zafundowałyśmy sobie zapieksy i nieświadome rangi przewiny, raczyłyśmy się nimi na trawce, podczas gdy Slayer trząsł sceną w posadach. Widocznie tak się nie godzi, w czym utwierdził nas później niedwuznaczny komentarz pod wydarzeniem na poczciwym last.fm, szkalujący dwie pozerki, nieumiejące oddać należytej czci metaluszym bóstwom. Zaiste, specyficzna brać!

Harmonogram festiwalu począł zbliżać się do punktu kulminacyjnego. Pod sceną gromadził się coraz gęstszy tłum. Dołączyłyśmy i my, ufne, że dotrzemy jak najbliżej epicentrum. Wcisnęłyśmy się pomiędzy metaluchów odliczających minuty do występu Metallicy. Oczekiwanie umilał nam widok zasyfionych uszu jednego z chłopaczków.

Wkroczenie gwiazd na scenę zobaczyłyśmy, stojąc jeszcze na własnych nogach. Później rozpoczął się istny młyn. Horda rozentuzjazmowanych fanów ruszyła w gigantyczne rytualne pogo. Chwilowo unosiłyśmy się na fali płynącej w rytm morderczych riffów, desperacko łapiąc tlen w ściśnięte płuca. Ewakuacja była obowiązkowa. Wyplątawszy się z ogarniętych amokiem mas, odsunęłyśmy się w mniej oszalałe skupisko. Nieco dalej od sceny, ale nadal dostatecznie blisko, żeby widzieć każdy grymas na twarzach naszych idoli. I potupać glanami w rytm muzyki, skoro w końcu zetknęły się ze stałym lądem.

Niech o atrakcyjności koncertu świadczy fakt, iż nawet dekadę później chętnie wybrałabym się na niego jeszcze raz (dopóki panowie będą mieli siłę łupać po raz enty „One”). Energia, charyzma, potężne brzmienie. W moim metaluszym serduszku na zawsze pozostanie sentymentalna parcela wydzielona dla Metallicy. Na jej koncercie odczułam nie tylko miażdżącą moc dźwięku, ale i przedwstępne męki towarzyszące śmierci z pragnienia. Zabrakło nam wody, a koncert trwał w najlepsze, toteż nie było mowy o traceniu czasu na jej poszukiwania. Słowa ulubionych kawałków wykrzykiwałyśmy więc z czeluści suchych gardeł, przy każdym odczuwając bolesne wyżynanie mózgu.

Błogosławieni wytrwali! Po niemal dwugodzinnym show, napiętnowanym niemałym znojem, ale i euforycznym transem panowie w blasku fajerwerków zakończyli muzyczne misterium. Ukłony, wrzaski, oklaski. No i obowiązkowe fanty! W powietrzu śmigały kostki gitarowe i pałki perkusyjne muzyków. Wszystkie lądowały w naszym sektorze pod sceną. Kostka basisty znalazła się akurat na takiej trajektorii, że wylądowała prosto w rękach MadaM. Zaopatrzone w ślady DNA jednego z naszych muzycznych herosów, wtopiłyśmy się w tłum i powlekłyśmy ku bramkom wyjściowym do Rodziców, aby przez następne tygodnie żarliwie celebrować owo doniosłe metalusze wydarzenie!

Close Menu