m i z o p e d i a

Zanim stuknęła mi dyszka, miałam nader nikłe pojęcie o rzeczywistości.

W wakacje zwykle jeździliśmy rodzinnie nad jezioro do ośrodka wypoczynkowego niedaleko naszego zadupia. Leżąc na kocu na plaży, roiłam sobie, że po drugiej stronie tego jakże potężnego akwenu zaczyna się już Afryka. Prawie widziałam ogniska i tańczących wokół nich Mudżynów z włóczniami.

Kosmos wizualizowałam sobie równie niedorzecznie, a zwłaszcza Marsa. Prosta dedukcja: skoro nazywa się jak batonik, to musi być nimi całkowicie wypełniony! Zatem w wyobraźni jako pierwsza postawiłam stopę (cukrzycową) na Marsie i folgowałam sobie bez reszty pośród czarno-czerwonych papierków.

Moja dziecięca fantazja wspierana przez bezlitosny perfekcjonizm potrafiła mnie także zaprowadzić na skraj histerii. Pewnego razu książkowy Miś Uszatek stał się prowodyrem wypadu na puszczanie latawców. Mama pomogła mi uklepać owo ustrojstwo, a później wyruszyłam z Tatą w poszukiwaniu odpowiedniej miejscówki w okolicach naszej mieściny.

Wszak o zgrozo! Nic nie wyglądało jak na obrazkach w bajce! Ani miejsce, ani pogoda… Nie było nawet gdzie kupić identycznych lodów na patyku! Wystosowałam więc cały arsenał przejawów szczeniackiego rozczarowania: wrzask i lament, aż po bezdech rozpaczy.

Błogosławiona bezdzietności!

Close Menu