Black No. 1_to death

Za czasów liceum Peter Steele był jednym z moich nielicznych lubych z kategorii: „Prędzej polecę w kosmos, niż z nim będę”. Dwumetrowy, czarnowłosy_p r z e ś m i e w c z o z w a ń c z y (ku oburzeniu mamy) Jezus brzdąkał mi na basie (a nawet i kontrabasie), gdy przechodziłam przez męki przesiedlenia do internatu. Niestrudzenie, przez 4 miesiące, wprost z odtwarzacza CD śpiewał mnie i przy okazji moim 2 współlokatorkom zamkniętym w jednym pokoju na karaluchowym piętrze. Był też ze mną tej zimy, gdy wylądowałam na stancji u sympatycznej starszej pani, która zaprezentowała osobliwy sposób wręczania prezentów. Mikołajkowym wafelkiem dostałam niejako po_mordzie w trakcie jednej z drzemek po powrocie ze szkoły.

Och, Peter!

To Twój mrok rozpraszał smutek każdej nocy w lodowatym pokoju („oszczędność, oszczędność” – tako skrzeczy gospodyni). To Twój baryton kreślił moje nastoletnie fantazje erotyczne (z Tobą w roli głównej, rzecz jasna). To Twoje i kolegów ciężkie, nastrojowe kompozycje o śmierci i beznadziei (te o miłości albo okresie też_wasever) zgrabnie zgrywały się z człapaniem moich glanów.

Rodzący się internet dopomógł. Mogłam chłonąć Petera do woli, a raczej tyle, na ile pozwalały zasoby ówczesnego YouTube’a. Z zapartym tchem śledziłyśmy z MadaM popisy jego groupies u Jerry’ego Springera. A cóż to było, gdy odnalazłyśmy w sieci odważną sesję Petera dla magazynu dla dorosłych pań! Zadziwiający jest mechanizm zaaferowania nagością. Innym razem jak zahipnotyzowane utknęłyśmy przed komputerem i na okrągło słuchałyśmy o wrześniowym słońcu w jednym z ostatnich klipów zespołu.

To dla niego chciałam jechać na Brudstock, wówczas jeszcze dla mnie Woodstock. Jako nieletnia zostałam jednak zdana na niełaskę rodzicieli. A szkoda. Jak się później okazało, to była niepowtarzalna okazja.

W 2010 roku być może spełniło się artystyczne marzenie Petera.

Zmarło się chłopinie.

Close Menu